LOADING...

Pani Maria wstała i pokazała całemu pokojowi, czyli mnie oraz dwóm ledwo dyszącym paprotkom, swoje piękne odzienie. Niektórzy w Pałacu śmiali się z niej namiętnie, że wariatka, że nie wypada. Ja jednak doceniałem, że mimo trzystu lat pracy za jednym biurkiem, braku życia towarzyskiego i zainteresowań, wąskich horyzontów oraz braku jakiegokolwiek towarzysza czy towarzyszki życia (poza papugą, która czasami pojawiała się w jej historiach), wciąż jej się chciało. Tego dnia przykładowo chciało jej się założyć coś w rodzaju kostiumu złożonego z wielu warstw wściekle pomarańczowych koronek, które opinały jej drobne ciało. - Zimno tu strasznie. Znowu kurwy oszczędzają na ogrzewaniu - powiedziała pod nosem i było to coś w rodzaju wyjaśnienia. Wiedziała bowiem, że za kilka minut zrobi się duszno i zakręcę to plastikowe gówienko z dyskontu, które kupiła zeszłej wiosny i jeszcze w czerwcu dogrzewała tym pokój. Po co? Tego nie wie nikt. Mam 30 lat i nie pamiętam, żeby w grudniu czy styczniu było mniej niż 5-10 stopni. Śnieg widziałem tylko w filmach. Dookoła Pałacu już dawno posadzili palmy. Wygląda to dla niektórych abstrakcyjnie i strasznie dużo z tym roboty, bo regularne huragany przewracają je, wyrywają całe badyle. Pani Maria któregoś dnia przyniosła plotkę, że ponoć powaliły jakąś ciężarną kobietę, ale myślę, że ta historia wydarzyła się tylko w jej głowie. Przynajmniej raz w tygodniu opowiadała (a opowiada dużo) jakąś historię, w której na końcu ginie ciężarna kobieta, jej płód lub ciężarna kobieta razem z płodem. Opcji jest kilka, a słucham jej od zawsze jednym uchem, więc dopiero po kilku miesiącach zacząłem zauważać, że w tych jej opowieściach jest pewien wzór. Palmom nie ma się zaś co dziwić. Kto by chciał żyć na tym łez padole. I nie, nie wchodzę w rolę bohatera tragicznego, to jakiś znak czasu. Odkąd zlikwidowali publiczną ochronę zdrowia, jakoś z 10 lat temu, liczba umierających osób tak wzrosła, że po paru miesiącach media przestały już robić statystyki. Pewnie słabo im się klikało. Śmierć jednostki jest atrakcją, ale gdy umierają tysiące, to człowiek się przyzwyczaja. - Jadę na czwarte po zupę. Wziąść ci? - zapytała pani Maria, wyrywając mnie z rozmyślań. - Wziąć - poprawiłem z przyzwyczajenia, choć wiedziałem, co będzie tego następstwem. - Powiedziałam przecież. Chcesz czy nie chcesz? - odpysknęła, unosząc się dumą. - Podziękuję, zrobię sobie kawę. Chwilę jeszcze stała patrząc na mnie, jak na rozgniecionego karalucha, by następnie żwawym krokiem ruszyć do windy. Uśmiechnąłem się. Lubię tę starą rurę i myślę, że ona też mnie lubi. Absolutnie jesteśmy z innych planet, ale łączy nas nienawiść, jaką darzymy cały świat oraz samotność, do której żadne z nas się nie przyznaje. Podszedłem do automatu z kawą, wepchnąłem czterysta złotych, podstawiłem kubek, nacisnąłem guzik. Oczywiście po naciśnięciu guzika zdałem sobie sprawę, że nie odznaczyłem cukru, a nienawidzę kawy z cukrem. - Kurw… - chciałem rzucić swojską kurwą, by rozładować emocje, ale nie udało mi się skończyć. Przewróciłem się i musiało minąć kilka sekund, zanim zrozumiałem, co tak naprawdę się dzieje. Pałac, miejska skamienielina, zasyfiony kolos, zabytek zawadzający rządowi od dekad, trząsł się. Ściany dosłownie ruszały się, jedna paprotka spadła z haka, na którym wisiała, kubek z połową zrobionej już kawy (z cukrem) zleciał z podajnika i rozbił się na kamiennej podłodze, a za oknem słychać było wrzaski i syreny alarmowe. Choć huragany czy powodzie, zdarzające się coraz częściej, nie robiły na mnie wrażenia, to nie było w tym mieście aż tak silnego trzęsienia ziemi. Przynajmniej za mojego życia. Czy urządzenia kontrolujące poziom drgań nie zadziałały? Dlaczego nie było wcześniej alarmu? Ewakuacji? Choć po kilkunastu sekundach wstrząsy zdawały się ustawać, mój lęk zaczynał rosnąć. Czułem się sparaliżowany. Pałac, mimo brudu, starości i nienawiści, jaką wzbudzał, był w mojej głowie jedynym bezpiecznym miejscem, jakie miałem. Powodzie czy huragany go nie zmiotły, ale trzęsienie ziemi mogło to zrobić. Byłem przekonany, że nie ma żadnych zabezpieczeń przeciwwstrząsowych, że kiedy go budowali 105 lat temu, nie myśleli o takich sytuacjach, że jeśli to nie koniec, to na pewno zwiastun ostatecznego końca. - Wstawaj, co tak leżysz - syknęła pani Maria, która właśnie wyszła z windy. - Ale, ale… - próbowałem jakoś usprawiedliwić swoje zastygnięcie na podłodze, ale nie miałem na to większych szans, bo Maria złapała mnie za ramię i zaprowadziła na ławkę na korytarzu. Była na tyle litościwa, że dała mi kilka sekund na ochłonięcie, choć nie wiem, czy te sekundy nie były potrzebne bardziej jej. Widać było, że zbiera się do wyznania czegoś. Zdziwiło mnie to, bo - jak już wiecie - akurat ta postać nie miała nigdy problemu z memłaniem jęzorem. - Słuchaj mnie uważnie, Paweł. To będzie bolało, ale nie możesz się ruszać. Czaisz? - wykrztusiła i było jasne, że to wciąż nie jest to, co jej się zbiera w głowie. Miałem zamęt w głowie. Zza okna w pokoju wciąż dochodziły wrzaski i syreny, korytarz zalany był kawą, na podłodze walały się porozrzucane obrazy i ziemia z paprotki. Wewnętrzny lęk wciąż rósł, a do tego wszystkiego ona mówi do mnie szyfrem. - Jaki ból? O co pani chodzi?! - wysyczałem, choć w mojej głowie wydawało się, że krzyczę wściekły. Zawsze w momentach stresowych brałem tabletki, które w tamtym momencie leżały gdzieś w pokoju. Ruszyłem po nie, nie zważając na to, że Maria coś krzyczała. Nie słyszałem jej. Wiedziałem, że Xanax postawi mnie do pionu, pozwoli się uspokoić i da siłę, by przetrwać kolejną teorię spiskową tej baby. Na bank w jej opowieści zginął jakiś płód. Wszedłem do naszego pokoju. Dwie szafy leżały powalone, opierając cały swój ciężar na biurowych krzesłach. Szyba w jednym z okien wypadła, i pewnie to sprawiło, że krzyki z dołu były tak donośne. Dwie nogi mojego biurka złamały się, więc wszystkie pierdoły, które na nim trzymałem, zjechały z niego niczym ze zjeżdżalni. Zlokalizowałem, gdzie w tym bajzlu powinna znajdować się szafka normalnie będąca po prawej stronie mojego blatu. Podjąłem się próby przejścia do niej, więc krokiem pijanego zacząłem szukać wolnej przestrzeni na podłodze, gdzie mógłbym postawić stopę i przykładowo jej nie rozciąć. Znając moje szczęście wdałoby się zakażenie, a nie stać mnie na wizytę u lekarza. Będąc prawie u celu, mając już schylać się, by szukać szuflady z szafki, która musiała wypaść, wyjrzałem przez wybite okno. Byliśmy, co prawda, na 33 piętrze, ale trudno było przegapić całą brygadę ratunkową, która znajdowała się na dole. Kilkanaście wozów strażackich, tyle samo policyjnych oraz kilka dużych aut terenowych bez żadnych oznaczeń. Zdziwiło mnie to, bo wszystkie były skierowane w jeden konkretny punkt, mający znajdować się gdzieś pod nami, w Pałacu. Podszedłem bliżej i spróbowałem się wychylić. Zanim jednak do tego doszło, ktoś złapał mnie za sweter i siłą odciągnął od okna. Siłą, bo dało się słyszeć puszczające szwy. - Zostaw to! - krzyknąłem do tego ktosia, którym oczywiście była pani Maria. - Odkładałem na ten sweter dwa miesiące! - dodałem mocno wkurwiony. Przecież wiedziała, że zarabiam grosze. - Odsuń się od okna, bo zauważą - powiedziała cicho i coś kazało mi jej posłuchać. Zwykle, gdy opowiadała te historie o ginących płodach, była zarumieniona i pełna energii. Teraz zaś stała blada niczym moja wypłata, co wyglądało dodatkowo żałośnie, gdy weźmiemy pod uwagę wściekły pomarańcz koronki ją oplatającej. Pani Maria, będąc drobnej postury pańcią grubo po 70-tce, ubrana w te oranże, w baletkach od Chińczyków ze straganów na dole, niczym czołg przeszła przez szkła, kawałki szaf i paprotkę, wyznaczając mi tym samym drogę przemarszu. Machnąłem w głowie ręką i ruszyłem za nią. Gdy wyszliśmy na korytarz, minęliśmy jezioro z kawy (z cukrem) i skręciliśmy w kierunku pokoju znajdującego się na przeciwko, który jakaś firma od lat wynajmowała na swój magazyn. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy pani Maria, jak gdyby nigdy nic, sięgnęła w jedną z tysiąca dziur w koronkowej stylizacji i wyjęła mały, plastikowy dynks, który przyłożyła do drzwi. Te się otworzyły. Dostałem milczące polecenie wejścia, więc wszedłem. Za mną weszła pani Maria, która sprawdziła, czy drzwi na pewno się zatrzasnęły i głęboko odetchnęła. „Oho, to będzie grubo” pomyślałem i chyba po raz pierwszy w życiu miałem rację. - To nie trzęsienie ziemi, to żadna matka natura. To Koniec Czasów, ostateczne zakończenie wszystkiego - powiedziała nagle, ot tak sobie, jakby podawała wzór na pole kwadratu. - Jaki koniec? O czym pani mówi? - żachnąłem się. Nigdy nie wiedziałem, czym jest „żachanie się”, do tej właśnie chwili. - Za kilka godzin nie będzie tutaj niczego. Pustka, reset systemu. Feministki nie będą mogły walczyć o wolność macic, bo nie będzie ani feministek, ani ich macic. Księża nie będą mogli gwałcić dzieci, bo nie będzie ani księży, ani dzieci - odpowiedziała i z perspektywy czasu uważam, że mogłaby być z tego naprawdę świetna piosenka. Wtedy jednak nie było mi do śmiechu. - Stop, pani Mario. Proszę mi wyjaśnić, bo plecie pani jakieś farmazony, a tu tylko chwilowo zatrzęsła nam się podłoga. I wtedy powiedziała mi wszystko. Nie do końca pamiętam każdy z wielu elementów tej historii. Wiecie, to ten stan, gdy dostajesz tysiąc informacji na sekundę, żadna nie wydaje się prawdopodobna, a ostatecznie układa się to w logiczną całość, w wyniku której twój mózg prawie eksploduje. Tak właśnie było, tak właśnie się czułem i tak właśnie wyglądałem. Jak zapętlona eksplozja w przyspieszonym tempie. - No już, ocknij się, musimy się zbierać do zegara - powiedziała pani Maria, próbując doprowadzić mnie do porządku. - Później sobie poprzeżywasz. Dopiero wtedy rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym byliśmy. Nie było w nim nic poza jedną, metalową skrzynką znajdującą się pod ścianą na przeciwko drzwi wejściowych. Gołe, szare ściany, kamienna posadzka, absurdalnie wyglądający w tym otoczeniu, zdobiony żyrandol, skrzynka, rozdygotany ja oraz dojrzała kobieta w koronkowej kreacji, która plecie o jakichś przepowiedniach z kosmosu. Gdyby tamten moment mógł być memem, to byłby to najlepszy mem na świecie. I prawdopodobnie ostatni. Pani Maria podeszła do skrzynki, ponownie wyjęła pęk swoich magicznych kluczy, sprawnym ruchem wybrała jeden z nich i włożyła w zamek. Skrzynka otworzyła się. Podszedłem do niej, by zajrzeć. Już nawet nie zadawałem pytań, bo zamroczony tym całym absurdem postanowiłem po prostu poddać się temu szaleństwu i zobaczyć, co wydarzy się dalej. Wyobrażałem sobie, że w skrzynce będzie jakaś grudka złota, Święty Graal czy inny artefakt, który pasowałby do sytuacji. A tam była tylko mała, niezbyt urodziwa część, która wyglądała niczym wyjęta z silnika samochodowego. - Co to jest? - zapytałem. - Cholera wie co to, możemy nazwać to dynksem - odpowiedziała i zachichotała. Widząc jednak moje zdumienie i kolejną eksplozję na mojej twarzy, dodała: - Nie wiem co to, ale wiem, co trzeba z tym zrobić. A teraz jedziemy na czterdzieste piętro. No i pojechaliśmy. Windy jeździły wolno lub też mi się tak dłużył czas. Już nawet nie pytałem, po co tam jedziemy, nie mówiłem, że przecież nie powinniśmy bez powodu tam jechać, bo jest promieniowanie elektromagnetyczne od zegara, że to niebezpieczne. Spojrzałem na panią Marię. Była lekko uśmiechnięta, jakby rozbawiona tą sytuacją. Ściskała w ręku dynks, który był na tyle mały, że mieścił się w jej dłoni. Dostrzegłem wtedy, że pomalowała paznokcie pod kolor koronek, na wściekły pomarańcz. W jakiś niezrozumiały sposób odrobinę mnie to uspokoiło. Gdy dojechaliśmy, pani Maria skierowała się wprost do drzwi na przeciwko windy. Zerwała kartkę z napisem „Nie wchodzić. Promieniowanie elektromagnetyczne”, zmięła i rzuciła ją na podłogę. Wszystko to kłamstwa - powiedziała pod nosem, niby do mnie, ale chyba jednak bardziej do siebie. Po raz trzeci sięgnęła po pęk kluczy, po raz trzeci szybko znalazła ten właściwy i po raz trzeci otworzyła zamek, ale także jakiś zamek w mojej głowie. Gdy pani Maria zapaliła światło, zobaczyłem, że właściwie nie jesteśmy w pomieszczeniu, lecz w czymś w rodzaju schowka. Pokój miał może ze dwa metry kwadratowe i nie było w nim nic, poza kolejnymi drzwiami oraz małą skrytką po ich lewej stronie. Taką, jak na klatkach schodowych, gdzie ukryte są te wszystkie połączenia elektroniczno-internetowe. I to właśnie do tej skrytki skierowała się pani Maria. Otworzyła drzwiczki. W środku było mnóstwo kabli i innych rzeczy, które znam jako „elektronikę” i nie mam pojęcia, do czego służą. Pani Maria podniosła rękę, w której cały czas trzymała dynks, i zaczęła siłą wciskać go do środka. - To musi się jakoś tak tutaj… - zrzędziła pod nosem, wyraźnie sobie nie radząc. Po kilku chwilach poddała się i niemal w tej samej chwili Pałac znów się zatrząsł. Z twarzy pani Marii znikł uśmiech. - Szybko, zostało niewiele czasu. Ty spróbuj to wsadzić - powiedziała niemal szeptem, z wyraźną trwogą w głosie. Ale po co mam to robić? Może bezpieczniej byłoby, gdybyśmy wyszli z Pałacu i… - Nie pleć bzdur - przerwała mi oschle. - Montuj to w środku. No to zacząłem montować. Nie wiedziałem co i nie wiedziałem gdzie, więc na oślep przymierzałem dynks do masy kabli, która była w skrytce. W końcu, niczym przy pomocy magnetycznego przyciągania, dynks połączył się z którymś kablem. Wtedy uchyliły się zamknięte dotąd drzwi. Pani Maria złapała mnie za ramię i zaczęła bez słowa ciągnąć do następnego pomieszczenia. Po wejściu do niego zgłupiałem ostatecznie. Moim oczom ukazał się pokój żywcem wyjęty z jakiejś taniej komedii o rodzinie Bundych czy innych „Przyjaciół”. Szeroka sofa, dywany, pomarańczowa tapeta na ścianach, szafki ze sklejki, a nawet telewizor w stylu „pudło”, a nie płaska tafla, do której wszyscy się już przyzwyczailiśmy. Pokój był jasny, przestronny, dla niektórych pewnie tandetny, ale w swojej tandecie bardzo przytulny. Zacząłem się śmiać. Właściwie rechotać. Skumulowane nerwy, frustracje i absurd całej sytuacji znalazły ujście w śmiechu, bo jakże inaczej mógłbym zareagować? - Uspokój się i nastaw telewizor na Wenus, później odbijemy dalej - powiedziała nieco zniecierpliwiona moim wybuchem. - Na Wenus? A nie na Jowisza? - zacząłem już ewidentnie kpić. W tym momencie Pałac znów się zatrząsł. Pani Maria podskoczyła do mnie, złapała za sweter (drugi raz tego dnia, chyba bardzo jej się podobał…) i wycedziła spokojnie: - Posłuchaj: jeśli zaraz stąd nie ruszymy, to wszystko runie i będziesz modlił się o szybką śmierć. I kolejny, tym razem o wiele mocniejszy wstrząs Pałacu. Słychać było z zewnątrz też jakieś odgłosy, brzmiały niczym dźwięki wybuchów czy wystrzałów. Chcąc jak najszybciej zakończyć ten cyrk, zjechać windą i wydostać się z Pałacu, który ewidentnie przeżywał swoje ostatnie chwile, postanowiłem jeszcze chwilę grać w jej grę. Usiadłem więc na sofie, obok której był stolik, na którym leżał pilot. Włączyłem telewizor. Tam jednak, zamiast programów, pojawiło się menu. Czerń telewizora kontrastowała z pikselami, które układały się w litery, a te w dziwne ciągi, jak „PSR 1257+12”, „TRAPPIST-1” czy „55 Cancri A”. - Ale pani Mario, co ja mam właściwie kliknąć? Tu chyba jakiś błąd wyskoczył… - Sam jesteś błędem. Weź przejedź strzałką w dół i tam będzie „Solar System” - krzyknęła do mnie, wracając na pozycję przy drzwiach. - Mówiłam im, żeby poszeregowali to alfabetycznie, bo człowiek się pogubi… - dodała, choć nie wiadomo do kogo. Zrobiłem, jak powiedziała. Rzeczywiście znalazłem „Solar System”. Kliknąłem. Pojawiło się nowe menu, tym razem z nazwami planet. - Kliknij Wenus - powiedziała pani Maria, pilnie śledząc z oddali moje poczynania. - A ja muszę na chwilę się cofnąć. Będę za dwie minuty. Kliknij teraz - oświadczyła i oddaliła się drogą, którą przybyliśmy do tego dziwnego miejsca. Zgodnie z jej poleceniem kliknąłem pozycję z napisem „Venus”. Na ekranie pojawiło się odliczanie sekundowe. 360, 359, 358… Wpatrując się w nie tępo, zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem to wszystko nie jest jakąś narkotyczną wizją. Może nie było żadnego trzęsienia? Może wcale nie jestem w tym pomieszczeniu? Może śnię i to wszystko jest chorym wytworem mojego umysłu? 243, 242, 241… A co, jeśli to jakaś bomba zainstalowana jeszcze przez Rusków, a pani Maria jest po prostu starą wariatką (tego właściwie byłem pewien), która postanowiła efektownie wysadzić nas w powietrze? 173, 172, 171… I w tym momencie weszła. Z uśmiechem na twarzy, jakby wróciła właśnie do domu po udanym dniu. Na rękach miała… - Rosa! - krzyknąłem. - Co ona tu robi?! - Musiałam ją zabrać. Przez to zamieszanie prawie zapomniałam o tej nieboraczce. Podszedłem do pani Marii, a ona z czułością przekazała mi Rosę. To pałacowa kotka i słowo „nieboraczka” idealnie do niej pasowało. Pozbawioną lewego oka, wystraszoną i wychudzoną, znaleźliśmy kiedyś błąkającą się przy szatniach na minus jeden. Postanowiliśmy, że zaopiekujemy się nią, doprowadziliśmy ją do ładu i zamieszkała na piętrze, gdzie urzędowaliśmy. Gdy mruk Rosy mnie uspokajał, pani Maria zamknęła drzwi wejściowe i usiadła na kanapie. - Chodźcie tu koło mnie. Tylko jej nie wypuszczaj - powiedziała. Nie wiedząc, co będzie dalej, posłusznie usiadłem obok z Rosą wtuloną we mnie. 45, 44, 43… Licznik cały czas odliczał czas do niewiadomego. - Pod oparciem znajdziesz pasy. Zapnij się - poradziła mi. Rzeczywiście wygrzebałem pasy z grubego, śliskiego materiału, niczym w starych autach, i zapiąłem się. Rosa ułożyła mi się na kolanach i czekała na dalsze pieszczoty. 7, 6, 5… - Uważaj, trzymaj ją. - Dobrze, przecież trzymam. 3, 2, 1…
tekst: Patryk Chilewicz korekta: Justyna Tonak
1